Druk 3D i ED



Kiedyś wspominałem już, na łamach niniejszego bloga, że jednym z najbardziej inspirujących mnie filmów animowanych dzieciństwa był „Zaczarowany ołówek”. Główny bohater rozwiązuje napotkane problemy, rysując potrzebne w danej sytuacji przedmioty, np. na ścianie, po czym rysunek daje się zdjąć i staje się narysowanym przedmiotem. Czułem wtedy jako dziecko, w szarych i ponurych latach osiemdziesiątych, i czuję do dziś jak wielka jest radość takiego tworzenia i jak wielkie poczucie niezależności daje możliwość wytworzenia samodzielnie potrzebnego przedmiotu. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem i radością obserwuję rozwój technik druku 3D, szczególnie tych, które zawędrowały pod nasze strzechy. O tym jak popularny stał się to temat, może świadczyć fakt, że oto coraz częściej dobiegają informacje o staraniach różnych firm aby dostarczyć drukarki 3D do polskich szkół. Drukarka 3D jest świetnym narzędziem do kreatywnych działań w wielu dziedzinach, jednak ze względu na czas wydruku, raczej mało użytecznym w warunkach szkolnych (chyba, że będą do szkolne „farmy” kilkudziesięciu drukarek – w co pozwalam sobie wątpić. Jest za to drukarka 3D wspaniałym urządzeniem w
warunkach edukacji domowej, kiedy to możemy poświęcić na nasze projekty znacznie więcej czasu niż 45 minut. A… no i nie bez znaczenia jest fakt, że ceny drukarek znacznie spadły. Drukarka może dziś zagościć w naszej rodzinie za kwotę poniżej 1000 zl.


Mamo, tato, skąd się wzięły drukarki 3D?


Kiedy ja marzyłem o zaczarowanym ołówku, nic o tym nie wiedziałem, że marzenia moje podzielają dorośli uczeni zza żelaznej kurtyny. Pierwszy był ponoć japoński uczony dr Hideo Kodama, który w roku 1981 wpadł na pomysł, żeby wytwarzać przedmioty poprzez utwardzanie ciekłych żywic za pomocą światła UV. Pomysł swój chciał opatentować, jednak procedura patentowa okazała się zbyt kosztowna. Następnie z pomysłem zmierzyli się Francuzi i Amerykanie. Szczęśliwcem, któremu udało się przejść
cały proces patentowy, w roku 1986, był Amerykanin Chuck Hull. Opracował on pierwszą historycznie metodę druku 3D zwaną SLA (od: StereoLitogrAphy). W roku 1988, Carl Deckard, student Uniwerstytetu Teksańskiego, opatentował metodę selektywnego spiekania laserowego SLS (od ang: selecting laser sintering). Najpolpularniejsza obecnie, w zastosowaniach pozaprzemysłowych, metoda druku FDM (fused deposition modeling) została opatentowana w 1992 przez Scotta Crumpa. Pierwsze drukarki 3D były urządzeniami dużymi i bardzo kosztownymi. Żeby mogły stać się urządzeniami, które za przystępną cenę możemy umieścić w swoim domowym warsztacie, spotkać się musiały jeszcze dwa projekty: RepRap i Wire/Arduino. Oba projekty rodzą się w 2004 roku. RepRap to projekt rozpoczęty przez Adriana Bowyera, wykładowcę na Uniwersytecie w Bath w Wielkiej Brytanii. Projekt rozpoczął się z typowo uniwersyteckim przerostem formy nad treścią. Oto celem projektu uczyniono zbudowanie samoreplikującej się i ewoluującej maszyny. Maszyną „zero” była mała, zbudowana ze stalowych
prętów i łączników z tworzywa drukarka FDM, (z powodów prawnych metodę druku nazwano FFF – Fused Filament Fabrication). Oczywiście, replikowane były tylko elementy z tworzywa sztucznego. W kolejnych latach projekt wyszedł poza świat uniwersytecki. Dzięki Internetowi, społeczność ludzi w niego zaangażowanych szybko rosła. Znacznym wsparciem dla biurkowego druku 3D ,od strony elektronicznej, okazał się projekt Wire Hernando Barragana, z którego później odgałęziło się Arduino. Dzięki Wire/Arduino możliwe było łatwe programowanie mikrokontrolerów sterujących drukarką. Nie bez znaczenia była też, stosunkowo niewielka, cena płytek z elektroniką. Uczestnicy społeczności RepRap założyli takie znane firmy jak MakerBot czy Prusa.


W następnym odcinku…”Mamo, tato, jak działa drukarka 3D?”

Dźwięki historii

Dziś chciałbym zaproponować szanownym czytelnikom lekturę, nie książki, a książek wielu, jednego autora. Jacek Kowalski, historyk, profesor UAM, mediewista a także poeta, tłumacz, pieśniarz, jest autorem szeregu książek. Książki te utrzymane są w tak lubianym przeze mnie klimacie gawędy historycznej. Czyta się szybko, lekko jak powieść wchłaniając opowieści oparte jednak na solidnych badaniach źródłowych a nie fantazji twórcy. Opisując różne okresy dziejów Pan Jacek prócz wielkiej historii stara się zrozumieć sposób myślenia, dylematy i namiętności ludzi. Pośród bogatej twórczości autora, szczególnie polecam młodzieży dwie serie. Pierwsza seria to książki z płytą.: Niezbędnik Konfederata, Niezbędnik Sarmaty, Niezbędnik Krzyżowca, Niezbędnik Szuana, Niezbędnik Trubadura. Oprócz, z dużym znawstwem prowadzonej gawędy historycznej do rąk otrzymujemy płytę z pieśniami, które krzepiły i wzruszały uczestników opisywanych wydarzeń. Niezwykła to uczta dla miłośników historii. Druga seria to książki z podtytułem „obalanie mitów”. „Sarmacja. Obalanie mitów” i „Średniowiecze. Obalanie mitów. To na początek. A komu zasmakuje, ten płyt i książek tego autora sam znajdzie więcej

Wpis III. Krajobraz po uczcie.

Wpis III. Krajobraz po uczcie.

Kolejna piosenka i kolejna garść inspiracji do poznawania świata.

Chociaż na płycie “Mury” znajdują się dwie piosenki będące opisami obrazów, “Pejzaż z szubienicą” i “Encore”, to najbardziej malarską piosenką na płycie jest “Krajobraz po uczcie”. Przez długi czas byłem przekonany, że jest to kolejny opis obrazu gdy tymczasem jest to obraz malowany słowem. Tekst jest wspaniałym pretekstem do zapoznania się z osiemnastowiecznym malarstwem europejskim i historią Polski czasów stanisławowskich.  Wszystko zaczyna się od martwej natury z psem. (#MartwaNatura) Potem kadr się poszerza. Gdzieś blisko krawędzi obrazu, na dalszym planie widzimy “panią w rumieńcach o zatłuszczonych wargach”. Złośliwość? No może troszkę. Spójrzcie na portrety kobiet z tamtej epoki. (#Portret) (#ModaXVIIIw) 

Błyszczące, małe usta. Wielkie migdałowate oczy. No i rumieńce – efekt makijażu. Aha, i jeszcze jedno. Myślicie, że na obu obrazach jest ta sama osoba? Otóż nie. Jest ta sama moda. Pierwszy obraz datowany na rok 1775 przedstawia królową Marię Antoninę. Drugi, generałową Zajączkową i jest datowany na rok 1780.

Warto może jeszcze się zastanowić, czemuż to łożnice miały ciężkie zasłony? Cóż, im ktoś miał większy pałac, tym trudniej go było ogrzać i przez większość roku było tam zwyczajnie zimno 🙂

Tymczasem szykowny i światowy król w piosence ma zobowiązania o których nie wie lud i szlachta oglądająca go w modnym, zachodnim, stroju koronacyjnym. Jest zdominowany przez silną kobietę. Kobietę od której jest uzależniony finansowo i emocjonalnie. Kobietę, która go utrzymuje i wymaga posłuszeństwa. Do Katarzyny J.K. powróci jeszcze w swojej twórczości.

.

W latach osiemdziesiątych, kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej, król Stanisław August Poniatowski przedstawiany był jako świecki święty. Wykształcony, światowy, zostawił nam Łazienki i kilka obrazów. No i karmił poetów i uczonych na obiadach co czwartek. Starał się ale mu nie wyszło bo Polacy przeszkadzali. Lud Warszawy tak go zaś kochał, że pieszczotliwie zwał go Stasiem. No i już tu mi coś nie grało 🙂 Po dziś dzień zdrabnia się imiona prezydentów, premierów, ministrów. Ale nie jest to wyraz szacunku a raczej wręcz odwrotnie. Dorośli w rodzinie nie wykazywali entuzjazmu do postaci Króla Stasia ale jeszcze długo musiało potrwać, zanim sobie poukładałem, choć trochę, ten skomplikowany obrazek. Oprócz domowej dezaprobaty i stasiowania ludu warszawskiego pojawiła się wkrótce kolejna rysa na dziecięcym obrazie króla. Oto podczas wycieczki szkolnej do Łazienek, pod pomnikiem Sobieskiego ktoś, nie pamiętam czy nasza nauczycielka czy przewodnik, zacytował wierszyk, który podobno, dzień po odsłonięciu, pojawił się na pomniku a potem krążył w kilku wersjach na ulotkach rozpowszechnianych w Warszawie. Wierszyk komentował ufundowanie przez Stanisława Augusta ( w celach zresztą czysto politycznych) pomnika Jana III Sobieskiego:

     Sto tysięcy na pomnik! Ja by dwakroć łożył!
Gdyby Staś skamieniał, a Jan III ożył.

To potwierdzało moje przypuszczenia odnośnie stasiowania królowi. Miałem też własny dowód na to, że w szkole kłamią 🙂 Szkolna wersja historii mogła spowodować wówczas poważny dysonans poznawczy. Z jednej strony uczeń dowiadywał się, że godło jest bez korony na znak, że to nie królowie rządzą a lud pracujący miast i wsi. Sugerowano więc, że coś poważnie z tymi królami było nie tak, skoro trzeba było dla podkreślenia, że ich nie ma, koronę orłu zabierać. Z drugiej strony ostatni król Polski traktowany był z tak wielką sympatią, że aż dawało się wyczuć braterstwo dusz Stasia i władzy ludowej. Ale dość wspomnień. Wróćmy do piosenki.

Kolejna zwrotka- krytyczna ocena dorobku intelektualnego epoki i kolejny refren z pięknym przykładem kodu kulturowego (#KodKulturowy). Opisywane wydarzenie można rozpoznać po królu niesionym na rękach. Kto zna obraz Jana Matejki będzie wiedział, że chodzi o Sejm Wielki i Konstytucję 3 Maja. Po to się dzieci uczycie tego wszystkiego 🙂 A cóż to za ambasadorowie? Ambasadorowie, głównie Rosji i Prus, którzy byli tu na miejscu wyrazicielami troski Katarzyny i Fryderyka o polską wolność, praworządność i tolerancję (religijną).

Dalej mamy wspomnienie powstania kościuszkowskiego, wieszania zdrajców w Warszawie i Wilnie. Niczego nie zrobiono jednak do końca i niczego nie zrobiono dobrze, ocenia Kaczmarski. Wróci jeszcze do tego tematu. Po latach ten wątek podejmie Jarosław Marek Rymkiewicz w książce “Wieszanie” – świetna lektura dla młodzieży 15+.

Piosenka kończy się cytatem z aktu abdykacji.